Menu

wybraliśmy LEPSZE ŻYCIE

Pewnie niektórym z Was śni się ucieczka na wieś. Nam się to udało i zaczęliśmy nowe, lepsze życie.

SUPERMYSZ

owapastelowa

kot_i_mysz

Mieszkamy na wsi i z zasady jesteśmy przygotowani na wizyty sublokatorów, którzy każdego roku ściągają do nas na zimę. Jeśli ulokują się w garażu i nie broją specjalnie, to nam nie przeszkadzają, udaje się jakoś koegzystować, a tylko na wiosnę jest więcej sprzątania. Ale zdarzają się buńczuczne osobniki, które chcą zaludnić (może lepiej powiedzieć – zamysznić) naszą kuchnię, no i tu stawiamy zdecydowane veto. Bo gdybyż one nie srały i nie sikały!...

Na takie okoliczności mamy żywołapkę. Jest to metalowa skrzyneczka z dwoma bocznymi otworami wejściowymi, w których są zapadki; myszka wejdzie i już nie wyjdzie. Do środka wsypuje się przysmaki, których zapach roznosi się po okolicy przez dziurki w żywołapce. Na wierzchu zrobione jest okienko z pleksi, by zobaczyć co to się nam złapało. Bierzemy takiego delikwenta wynosimy jak najdalej od domu, a tam wypuszczamy w krzaki. Nie ma co liczyć na dziękuję, bo ocalała myszka lub szczurek polny daje drapaka gdzieś pod liście, nie wykazując raczej refleksji dziękczynnych.

Rdzenni sąsiedzi śmieją się z nas, bo twierdzą, że zanim ja wrócę do domu, to uwolniona mysz już tam jest. Ale wolę myśleć, że nie mają racji. Szczególnie, że myszy mają to do siebie, że w dobrych warunkach szybko się mnożą, a u nas jednak z czasem ich ubywa, a nie przybywa. Chyba więc walka skuteczna.

Któregoś wieczoru zostawiłam na blacie wieżo upieczony chleb pod ściereczką. Rano zobaczyłam już tylko skórkę, z której wysypywały się pokruszone resztki. To było wypowiedzenie wojny. Wtedy pierwszy raz w sezonie postawiłam pułapkę. Nazajutrz w żywołapce było pięć (!) prześlicznych małych zbrodniarek, które zostały karnie eksmitowane.

Od tego czasu na noc chowamy całe jedzenie, włącznie z karmą psów, bo właśnie jej zapasy znalazłam za kredensem sprzątając. Poprzekładaliśmy też co się dało do szczelnych słoików, aby nie kusić zapachami z szafek.

Pułapka wędrowała po kuchni tam, gdzie akurat było słychać drapanie lub zostawało najwięcej śladów ( bo myszki dokładnie znaczą swoje podboje odchodami i łatwo jest prześledzić ich trasy, oczywiście kiedy w ogóle są dostępne dla naszego wzroku).

Mamy w domu kota i dwa psy, ale one jakoś w domu myszy traktują jako też zwierzęta domowe. Uznały, że to my jesteśmy szefami stada, więc sami musimy sobie z nimi radzić. A kotek to nawet czasami przyniesie żywą myszkę i ją w domu wypuści. Nooo taka zabawa!

Któregoś wieczoru usłyszałam jak myszka chrupie za kredensem. Wzięłam latarkę i zobaczyłam jak nasze śliczne stworzonko, przykucnięte na cokole, wcina chrupek psiej karmy. Postanowiłam ją wypłoszyć stamtąd, podle licząc, że kot zrobi z myszką porządek. Byłam już po kąpieli, owinięta w gruby szlafrok. Kiedy włożyłam za ściankę szafy patyk klęczałam między kredensem i ścianą, za którą stała lodówka. Jest to o tyle ważne, że myszka właśnie tamtędy chciała dać dyla do kryjówki, a ponieważ znalazłam się na jej drodze, to zaraz poczułam jak wślizgnęła mi się pod szlafrok i zaczęła zwiedzać zakamarki. Nie mam problemu z wzięciem myszy do rąk, tak jak każdego innego zwierzaka, ale bieganie ostrych pazurków po gołym ciele, to zupełnie inne doświadczenie. „Mam mysz pod szlafrokiem” – krzyknęłam do męża, jednocześnie starając się zawinąć to miejsce, gdzie czułam, że jest - „ Otwieraj drzwi!”

No i udało się. Wyskoczyłam przed dom i wytrzepałam myszkę na ziemię. Oczywiście nie czekała na ciąg dalszy i dała nura w ciemność.

Batalia trwała, żywołapka wędrowała. Wyniosłam już z dwadzieścia pięć sztuk, ale ciągle coś było w kuchni słychać.  Została  jakaś zawzięta osobniczka  i  wyraźnie dobierała  się do  naszych sprzętów kuchennych. Słychać było drapanie pod lodówką, za piekarnikiem i w zmywarce. Wyglądało na to, że ten przeciwnik nie jest zainteresowanych łakociami w pułapce. Dość szybko dowiedzieliśmy   się dlaczego. Za szafkami miałam schowany duży worek kociego jedzenia w grubej folii. W torbie zaś zrobiona została piękna precyzyjna dziureczka i myszeczka tam miała stałą jadłodajnię. Zabrałam, schowałam w szczelnej szafce. Tam gdzie były jakiekolwiek szczeliny pozakładaliśmy siatki metalowe lub zakleiliśmy taśmą zbrojoną. Wojna trwała, ale pułapka była ciągle pusta. Którego razu, w biały dzień, usłyszałam głośne wgryzanie się w tylną ściankę szafki. Na bezczelnego! Załatałam spory już otwór i na dwa dni zapadła cisza. Pozorna, jak się okazało.

 

Kolejnego ranka moja zmywarka oświadczyła mi, że ma błąd i nie mam co liczyć, że popracuje. Trzeba było wezwać serwisanta. A ponieważ mamy daleko do cywilizacji, to jego wycieczka była kosztowna. Pan serwisant zlikwidował w zmywarce dwa gniazda, w  tym jedno, które naciskało mikroswitch, a ten dawał sygnał wycieku wody i blokował pracę zmywarki. Przy okazji dowiedzieliśmy się jak beznadziejna jest wojna, na którą się wybraliśmy. Pracownik serwisu opowiedział nam, że myszy potrafią wejść do modułów elektronicznych, do których dostęp jest jedynie przez milimetrowe szczeliny. Wybił nam z głowy skuteczność zakładania siatek metalowych, a zaproponował odstraszanie zapachami chemicznymi, chociaż tutaj skutków też nie gwarantował.

Sprawdziłam w necie dostępne środki i porady w tym względzie. Okazało się, że myszy nie lubią geranium i mięty. Natomiast gotowe preparaty w aerozolach w większości zawierają substancje porażające układ nerwowy (pentan), które są równie szkodliwe dla myszy, jaki i innych zwierząt, w tym domowych, oraz ludzi.  Te środki mogą być gorsze niż trutka, której zawsze chcieliśmy unikać.

Zastosowałam liście bodziszka ogrodowego, który pachnie jak geranium i olejek miętowy. Obłożyłam listkami zmywarkę i pokropiłam olejkiem całą ścieżkę pod szafkami. Może jeden dzień był cichy, może trasa trochę zmieniona, ale nadal ślady myszy znajdowałam co rano. Przez kolejny tydzień w żywołapce znalazła się  jeszcze jedna myszka i szczurek polny. Wyeksmitowane. Ale nadal coś urzędowało w kuchni. Wyglądało na to, że została z nami supermysz, na którą nie działają żadne środki łagodnej perswazji. Kiedy więc odkryliśmy ośmiocentymetrowy otwór w tylnej ściance szafki z garnkami (dlaczego akurat w tej, w której nie było jedzenia, kto to zrozumie?), zapadł wyrok. Pojechałam kupić zwykłą drewnianą łapkę mordującą. Ale w sklepie, oprócz łapki, dostałam jeszcze radę, by rozłożyć wszędzie czosnek, że czosnku myszy nie znoszą i się wyniosą.

Porozkładałam z nadzieją, że czosnek rzeczywiście odstraszy najeźdźców i łapka pozostanie tylko memento. Ale łapkę też postawiliśmy. Założyliśmy na haczyk kawałek boczku i postawiliśmy w miejscu mysiej okupacji. Łapka akurat mieściła się między wygryzioną dziurą i samą szufladą.

Jeszcze tego samego wieczoru usłyszeliśmy trzask. Boczek zniknął, myszki nie było. Spryciara.  Drugi raz - rezultat podobny. Za trzecim razem założyliśmy pachnącą kiełbasę na haczyk, ale i pod haczyk. Ta z góry została zjedzona bez śladu, ale próba wydobycia małego kawałka spod haczyka skończyła się dla myszki tragicznie. Zachłanność, jak wiadomo, nie popłaca.

Było nam przykro, ale  nie mogliśmy się narażać na kolejną kosztowną dewastację urządzeń  kuchennych. No przecież wcześniej dawaliśmy jej szansę! Jednak jakoś cicho i smutno się zrobiło.

Po tygodniu usłyszałam ciche skrobanie pod lodówką…

© wybraliśmy LEPSZE ŻYCIE
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci