Menu

wybraliśmy LEPSZE ŻYCIE

Pewnie niektórym z Was śni się ucieczka na wieś. Nam się to udało i zaczęliśmy nowe, lepsze życie.

MEDYCYNA POWIATOWA

owapastelowa

P1240582Do naszej oazy czystego powietrza trafiają jednak czasem jakieś wirusy, zapewne przywleczone z okolicznych sklepów w miasteczkach. A ponieważ żyjemy w bardzo czystym środowisku, to paradoksalnie jesteśmy mniej odporni na takie spotkania. Zdarzyło się, że jakiś podstępny mikrob dopadł mnie, przyniósł gorączkę i zmusił do leżenia w łóżku, chociaż tego nie znoszę. Mój organizm zwykle sam sobie radzi w takich wypadkach – po prostu muszę przespać chorobę. Tym razem miałam wysoką temperaturę, więc dodatkowo wzięłam przeciwzapalne, a do tego oczywiście miód i maliny.

Spałam przez trzy doby, budząc się tylko na leki i pomiar temperatury. Niestety gorączka się utrzymywała. Czwartego dnia nad ranem zaczęłam się dusić; nie mogłam złapać powietrza i serce łomotało niepokojąco. Mąż znał moje zwyczaje leczenia snem, ale widział, że teraz coś wymknęło się spod kontroli, więc wezwał pogotowie. Jednak pomoc medyczna u nas to nie jest zwykła sprawa. Medycyna daleko. W gminie dyżurują  tylko ratownicy medyczni i to właśnie oni przyjechali. Przyjechali, zbadali, osłuchali i stwierdzili niską saturację, szmery w płucach, odwodnienie i orzekli, że trzeba zawieźć do szpitala na dyżur. Próbowałam protestować, bo szczerze nie lubię lekarzy i mam fobię szpitalną, ale ratownicy powiedzieli, że nie mogą mi niczego podać ani nawet wypisać recepty, a dalej tak nie pociągnę. Był pierwszy dzień świąt wielkanocnych i nie było szans na inną pomoc.

W karetce podali mi kroplówkę. Niewiele pamiętam z tej trzydziestokilometrowej drogi, ale gorączka mi trochę opadła i kiedy na wózku wwieźli mnie do izby przyjęć szpitala w Nowym Mieście całkiem dobrze dotarło do mnie, co tam się dzieje. Dyżurna lekarka powitała mnie nasączonym niechęcią sykiem „A to co to jest?”. To – to byłam ja. Okazało się, że pani-nominalnie-doktor właśnie kończy już dyżur, a tu kolejna pacjentka, a przecież poprzedniej jeszcze nie skończyła przyjmować.

Ratownicy położyli mnie na łóżku, przekazali informacje o objawach i zniknęli. Lekarka mimochodem kazała pielęgniarce podłączyć mi kolejną kroplówkę. Przeprowadzała w tym czasie wywiad z drugą pacjentką, która przepraszającym głosem łasiła się, by zostać przyjęta na oddział. Kiedy zabrano ją na prześwietlenie, lekarka zajęła się moją skromną osobą i usłyszałam jakim nietaktem jest zawracanie głowy lekarzom jakąś nie wyleczoną infekcją. No po prostu przeze mnie inni ludzie umierają, bo ratownicy musieli tracić czas na transport, jakby nie można było przyjechać do pomocy doraźnej w dzień, przecież od ósmej będzie inny lekarz.

Raczyła mnie osłuchać stetoskopem, szarpiąc mnie przy tym jak worek kartofli, bo nie mogłam się wyplątać ze szlafroka, w którym przyjechałam. Ciągle jeszcze byłam słaba, ale przecież przytomna, więc zebrałam się w sobie i powiedziałam, żeby mnie zostawiła w spokoju i nie dotykała, skoro uważa, że nic mi nie jest. „Zaraz przyjedzie mąż i mnie zabierze” - powiedziałam.

Podłączyli trzecią kroplówkę. Lekarka zniknęła. Pielęgniarki też, choć słychać było ich rozmowy z pomieszczenia obok.

Jacek rzeczywiście po chwili przyjechał.  Sprawdził co się ze mną dzieje i poszedł się przebadać do otwartego już gabinetu dziennego (ten szpital nie ma SORu, a tylko pomoc doraźną w święta i w nocy), bo niestety jego też wirus zaczął rozkładać. Wrócił z diagnozą - zapalenie oskrzeli i antybiotykiem.

W międzyczasie dyżurna lekarka pojawiła się, by w dobroci swojej przyjąć pierwszą pacjentkę na oddział, bo ta miała znacznie powiększone serce.

Potem pani-poniekąd-doktor głośno użalała się nad swoim ciężkim losem. Tak oto chcąc nie chcąc dowiedziałam się, że tylko dzięki niej ten szpital jeszcze funkcjonuje, bo ona przecież już na emeryturze, ale ją uprosili … bo bez niej by nie było oddziału wewnętrznego. A ona tak ma ciężko… I płynęła sobie gawęda, a w niej  sporo prywatnych informacji, że pani odwiedziła grób syna na cmentarzu i że dobrze, że mąż też ma dziś dyżur… ale właściwie jak by nie miał, to by pojechał na polowanie. Pielęgniarka solidarnie towarzyszyła jej wynurzeniach i współczująco potakiwała.

Na koniec pani  łaskawie do mnie przemówiła. Odkryła przede mną prawdę objawioną, mianowicie, że: „Infekcję trzeba wyleczyć. Jak nie pomaga jeden lek przeciwzapalny, to trzeba wziąć inny. No i trzeba pić.” Kazała podać czwartą kroplówkę. Wypisała mi receptę na środek zwiększający odporność. Jak się potem okazało, preparat ten zawierał pszenicę, a celiakia w wywiadzie w ogóle jej nie przeszkadzała w zaordynowaniu tego medykamentu. Kiedy zaś zorientowała się, że ja nietutejsza, namawiała mnie serdecznie do zapisania się do jakiegoś miejscowego lekarza,  jako rekomendację traktując fakt, że staż kończyli  właśnie na jej oddziale. Zabrała torbę na kółkach i wyszła.

Na szczęście niedługo potem Jacek wrócił i zajął się moją kroplówką, bo już w przewodach pokazało się powietrze. Pożegnaliśmy się z pielęgniarką, uświadamiając jej, że jesteśmy przyzwyczajeni do trochę innych standardów medycznych.

Po świętach musieliśmy się udać do prawdziwego lekarza. Leczenie trwało w sumie dwa tygodnie, bo to było jakieś wyjątkowe  paskudztwo, ale w końcu wykaraskaliśmy się.

To doświadczenie nauczyło nas, że w stanie zagrożenia zdrowia  nie wolno  szukać pomocy w tym szpitalu powiatowym, a więc także przez pogotowie, ponieważ ono jest terytorialnie związane właśnie ze szpitalem powiatowym. W razie konieczności trzeba gnać samochodem do Grudziądza, chociaż to inne województwo, ale tam rzeczywiście można liczyć na przyzwoitą obsługę lekarską.

Nie wiem po co utrzymuje się takie pozoranckie placówki zdrowia. Ten szpital słynie ze złej obsługi i niekompetencji. Słyszeliśmy wiele relacji pacjentów, które potwierdzają tylko nasze najgorsze obserwacje.

„Ja to się cieszę, że ten szpital jest” – powiedziała w czasie rozmowy pożegnalnej pielęgniarka – „bo mam blisko do pracy”. No tak.

 

© wybraliśmy LEPSZE ŻYCIE
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci